Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
70 postów 55 komentarzy

Terapia Naturalna Ruchem

Pasjonat Ruchu - różnorodne ćwiczenia i formy ruchowe przywracające zdrowie i sprawność ruchową

Moje spotkanie ze stwardnieniem rozsianym

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

W artykule tym opiszę przypadek pacjentki chorej na stwardnienie rozsiane, którą aktualnie rehabilituję.

 

Dziś moja pacjentka z sanatorium wyraziła zgodę na opis jej przypadku, więc z przyjemnością to robię. Otóż wczoraj na tzw. zajęcia indywidualne z rehabilitantem przyszło do mnie małżeństwo wiek ok. 65-70 lat. Mąż pchał wózek inwalidzki, na którym siedziała jego żona i moim zadaniem byłem zastosować indywidualną rehabilitację dla tej pacjentki. Zadałem jej standardowe pytania: co jej dolega, jak się czuje, jakie ma problemy itp. W odpowiedzi uzyskałem, że pacjentka od wielu lat choruje na stwardnienie rozsiane. Oboje z mężem byli kompletnie załamani, gdyż choroba postępowała. Pacjentka nie była w stanie poruszać się o własnych siłach. Musi jeździć na wózku inwalidzkim. Poprosiłem więc by położyła się na łóżku. Z wielkim trudem wstała z wózka z asekuracją moją i jej męża położyła się na łóżku. Przewrócenie się z boku na bok sprawiało jej ogromny wysiłek i robiła to niezdarnie i powoli. Mąż kiedy na nią patrzył, jak się męczy przeżywał sam głęboki dramat. Pacjentka również przeżywała dramat, bo siły ją opuściły. Stwardnienie rozsiane w pełnej okazałości pokazało swoją negatywną moc. Kiedy poprosiłem ją by leżąc na plecach uniosła do góry nogę prawą – ledwo co się jej udało ją podnieść. Z kolei lewa noga jej nie słuchała. Widać było ogromny wysiłek woli, ale noga ledwo co drgnęła, uniosła się na wysokość paru centymetrów w górę i bezwładnie opadła. Kiedy próbowałem poruszać jej stawem skokowym był on sztywny niemal jak beton. Mąż i żona mnie przekonywali, że już nic nie da się zrobić. Przecież przez tyle lat wkładali ogromny wysiłek w rehabilitację i NIC. Zero poprawy. Więc po prostu oboje przygotowywali mnie na porażkę. Jednak trafili oni na mnie.

 

Dla mnie sala kinezyterapii to RAJ. Ćwiczenia lecznicze to drugi RAJ, a pacjenci ze stwardnieniem rozsianym to moi najbardziej ulubieni pacjenci. Więc z jednej strony była pacjentka chora na stwardnienie rozsiane, która przeżywała ogromny dramat i załamanie, a tuż obok stałem ja. Czułem się jak w raju Stwardnienie rozsiane nie było dla mnie problemem. Stałem przy niej jak nawiedzony. Kiedy palpacyjnie sprawdziłem jej ciało, to byłem pewny, że stawy skokowe uda mi się odblokować. Powiedziałem więc jej i mężowi, że innej możliwości nie ma. Staw skokowy zaraz się odblokuje. Oboje mi nie wierzyli, ale mnie to nie zrażało. Po prostu zacząłem robić swoje. Zacząłem przekonywać mięśnie pacjentki i jej ciało by się rozluźniło. Mąż pacjentki siedział na wprost nas w odległości ok. 1 metra i przyglądał się co robię. A ja spokojnie przekonywałem jej mięśnie i ciało by się rozluźniły. Po ok. 10 minutach jej ciało udało mi się przekonać. Mięśnie się rozluźniły. Osiągnąłem 100% zakres ruchu biernego w stawie skokowym. Mąż patrzył na mnie, jakby zjawę zobaczył. W odpowiedzi uzyskałem od męża, że żona od kilku lat nie może poruszać stopą. Żona to potwierdziła. Na to ja odpowiedziałem, że za chwilę żona będzie poruszać stopą. I dalej przekonywałem jej ciało i mięśnie tym razem w kierunku tego by żona zaczęła poruszać stopą. Po kolejnych 5 minutach, żona zacząła poruszać stopą. Zgięcie grzbietowe bez problemu. Zgięcie podeszwowe bez problemu. Ruch kolisty stawu skokowego – z małymi problemu, ale też stopa zataczała kółka. Powiedziałem mężowi – proszę popatrzeć – żona pana rusza stopą. Oczy męża otworzyły się jeszcze bardziej ze zdumienia. Ten nieprawdopodobny wyraz zdumionych oczu jest dla mnie bezcenną nagrodą za wszystko. To jest stwardnienie rozsiane. Więc konieczna jest dalsza regularna rehabilitacja. Dziś po raz drugi rehabilitowałem tę pacjentkę. Jej stawy skokowe z marszu zaczęły mnie słuchać. Również ona tymi stawami poruszała sama osiągając 100% zakres ruchu w każdym kierunku. Brakuje jej siły na wiele rzeczy. Dla mnie budowanie siły i przekraczanie własnych możliwości to żaden problem. Bo sam to ze sobą robię codziennie. Dla tej pacjentki jest to jeszcze problem, bo chyba pierwszy raz w życiu spotkała takiego zapaleńca, jak ja. Ale niezależnie od wszystkich przeciwności losu - pierwszy milowy krok został zrobiony. Najważniejsze, że to małżeństwo odzyskało wiarę, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Oboje zaczynają wierzyć, że są szanse na to, że żona odzyska siły i że będzie chodzić. Dziś po zakończeniu rehabilitacji zrobiłem z pacjentką spacerek po sali. Temu wszystkiemu przyglądali się zdumieni pacjenci. A ja nadal byłem w swoim raju. Nie wiem co będzie jutro i przez kolejne dni. Wiem jedno – zrobię wszystko, by tę pacjentkę postawić na nogi i by mogła chodzić o własnych siłach bez pomocy wózka inwalidzkiego. Moim marzeniem jest po prostu na zakończenie turnusu rehabilitacyjnego zatańczyć z tą pacjentką. Czy się uda – zobaczymy.

 

 

Dla osób dociekliwych małe wyjaśnienie - co to znaczy przekonywanie ciała i mięśni by się rozluźniły.

Trudno mi to jednoznaczne wyjaśnić słowami. Naukowo nie wszystko da się wyjaśnić, bo nauka ma też swoje ograniczenia. Ja po prostu działam intuicyjnie. Dotykam ciało pacjenta palcami i pod palcami wyczuwam nadmierne naprężenia mięśni. Mój umysł wtedy pracuje na pełnych obrotach. Moje ciało wczuwa się w ciało pacjenta i Intuicyjnie wyczuwam za jakie dysfukcje te nadmierne naprężenia mięśni odpowiadają. Moje przekonywanie ciała i mięśni to patrząc z zewnątrz, to nic innego jak subtelny masaż wybranych partii ciała. Nie potrafię opisać mechanizmów tych subtelności. Dla mnie i dla pacjenta wazne jest to, że dzięki temu subtelnemu masażowi uzupełnionemu o delikatne techniki uciskowe potrafię najlpierw bezbłędnie znaleść nadmierne naprężenia mięśni, a potem za pomocą technik uciskowych te naprężenia potrafię zlikwidować. Na chwilę obecną nie potrafię powiedzieć, czy działam na poziomie powięzi, mięśni, czy głębiej, czy też robię wszystko na raz. Po prostu uciskam miejsce które moje palce wyczuwają i naprężenia puszczają - mięśnie się rozluźniają. Ten masaż wspomagam subtelnymi ćwiczeniami biernymi. Tu osiągnąłem chyba poziom mistrzowski i tym bardziej trudno mi to opisać, gdyż tych ćwiczeń dla tej pacjentki wykonałem setki.

 

U taj pscjentki zastosowałem wszystko na raz. Subtelny masaż, techniki uciskowe oraz setki ćwiczeń biernych rozluźniających. Teraz będzie czas na ćwcizenia wzmacniające.

Uważam, że sukces terapeutyczny zaczyna się w głowie. Sam pokonałem wiele swoich chorób narządu ruchu. Codziennie pokonuę własne ograniczenia ciała i ducha. Dla mnie wczucie się w odczucia pacjenta - nie stanowi żadnego problemu. Mój umysł jest otwarty i wychodzę zawsze z założenia, że człowiek to żywy organizm i ma nieprawdopodobne zdolności regeneracyjne. Więc nie ma przypadków beznadziejnych. Dopóki żyjemy to dużo dobrych rzeczy jest jeszcze możliwych.

 

Janusz Danielczyk

Szkoła Zdrowego Kregosłupa

Pasjonat Ruchu.

www.pasjonatruchu.pl

KOMENTARZE

  • Autor
    Napisales pochwale swoich umiejetnosci jakbys pisal reklame swojej firmy.
    Sam mam stwardnienie rozsiane i wiem ze praca z fizjoterapelta pomaga chodzby poprzez rozluznienie stawow i prawidlowe krazenie krwi w konczynach.
    Twoje "cudowne dotyki" moga byc co nieco przesadzone.
  • Witam.
    Komentarz ten adresuję jednocześnie do autora i do komentatora poniżej.
    Stwardnienie rozsiane jest jedną z chorób autoimmunologicznych. Medycyna konwencjonalna niestety niejednozacznie rozkłada ręce: nie dokońca znane są przyczyny ani skuteczne lekarstwo gwarantujące 100% wyleczenie.
    Czy znane są jednak Panom zioła imunosupresyjne, oddziałujące silnie na pewne grupy bakterii odpornych na działanie antybiotyków.
    Rdestowiec japoński, lukrecja gładka, mydlnica lekarska, szczaw polny, rdest powojowy. To połowa z wąskiej grupy ziół mogących pomóc w chorobach autoagresji.
    Przebywając przez miesiąc w szpitalu przy osobie chorej napatrzyłem się na ogrom cierpienia. Jednocześnie natknąłem się w internecie na opinie, że można temu zaradzić odtoksyczniając organizm i stosując wyżej wymienione zioła lub ich mieszanki.
    Pozdrawiam serdecznie.
  • stwardnienie rozsiane
    Dziękuję za oba interesujące komentarze.
    Opowiadając na pierwszy komentarz to po prostu zapraszam Pana do mnie na terapię naturalną w moim wykonaniu. Przetestuje ją Pan na sobie, zrobi Pan z tego notatki, albo nagra na wideo i opublikuje swoje odczucia. Wtedy będzie wiadomo, jak to z tą skutecznością moich terapii naturalnych jest w rzeczywistości. W tym przypadku jako osoba chora na stwardnienie rozsiane będzie Pan najlepszym ekspertem tego, czy moje techniki naturalnej terapii są przesadzone, czy też właściwe.
    Odpowiadając na drugi komentarz - odpowiem tak. Mistrzem można zostać w jednej, maksymalnie dwóch dziedzinach. Mnie bardziej interesuje temat terapii naturalnej ruchem, masażem, technikami uciskowymi, a nawet manualnymi. Jestem pasjonatem tych tematów. Te tematy zgłębiam, a umiejętności doskonalę. Natomiast zioła zostawiam pasjonatom od ziół. Leki zostawiam lekarzom. Oni mają po temu odpowiednią wiedzę (przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc).
    Istota stwardnienia rozsianego rzeczywiście nie jest znana, a leczenie jest tylko objawowe, więc z góry skazane jest na porażkę na długi termin patrząc. Chyba, że przypadkiem nastąpi jakiś zbieg okoliczności, że organizm i leki ze sobą zaczną współdziałać i choroba zostanie wyleczona. Jest to oczywiście teoria, bo w praktyce nie znam nikogo kto by został wyleczony ze stwardnienia rozsianego.
    W moim rozumieniu stwardnienie rozsiane to nic innego, jak stany zwyrodnieniowe jakiejś części układu nerwowego. Objawem są m.in. niedowłady, albo skurcze spastyczne mięśni sterowanych za pomocą tej chorej części układu nerwowego. A ponieważ swoje stany zwyrodnieniowe pokonałem za pomocą ruchu, więc wychodzę z założenia, że równie dobrze za pomocą ruchu można pokonać, a jeśli nie pokonać to przynajmniej skutecznie spowolnić stany zwyrodnieniowe układu nerwowego. I to robię praktycznie. U jednych osób osiągam spektakularne wyniki, jak u tej 70-letniej pani opisanej w artykule. Dziś miałem z nią trzecie zajęcia. Efekty zdrowotne są bardzo optymistyczne. I jeśli zgodzi się ona wystąpić przed kamerą, to są duże szanse, że sama się na ten temat wypowie. U innych osób terapia przebiega dużo wolniej, ale też pozytywny skutek jest zauważalny. Wszystko zależy od stopnia zaawansowania oraz sposobu przebiegu choroby.
    Janusz Danielczyk
    Pasjonat Ruchu
  • @Pasjonat Ruchu 17:46:13
    Zgadzam się z Panem w opinii, można być dobrym tylko w jednej dziedzinie, poświęca się temu kawał życia.
    Oczywiście zapytując o ziołolecznictwo nie neguję Pana osiągnięć. Przeciwnie: zakladając, że każda choroba zaczyna się w duszy człowieka, jestem przekonany, że Pan naprawdę leczy: oddziaływując na ciało człowieka wpływa na jego stan psychiczny, co odblokowuje go. Zioła mogą działać równolegle i być ważnym czynnikiem.
    http://www.immunoagresja.pl/ziola.html
    Zagłebiłem się w temat powyżej i dlatego wypowiadam się. Zapraszam do przeglądniecia tej strony Pana o nicku: mac. Tam lekarz Skoczylas pokazuje, na czym polega istota chorób nieuleczalnych i jakimi ziolami niweluje się ich przyczynę. Więcej, lekarz ten zachorował na tocznia i jak wskazują jego wyniki- nawet według medycyny konwencjonalnej został uznany za zdrowego.
    Pozdrawiam serdecznie.
  • leki i zioła
    Osobiście jestem dość sceptycznie nastawiony do cudotwórczego działania leków. Wynika to z mego osobistego doświadczenia i z obserwacji leczenia innych osób. Mój przykład to leczenie w przychodni, a dokładniej likwidacja bakterii helicobacter pylori. Zrobiłem badania krwi i okazało się, że w moim organizmie jest 6-krotnie przekroczona dopuszczalna dawka tej bakterii. Udałem się do lekarza i poddałem się kuracji antybiotykowej. Po tej kuracji zrobiłem kolejne badania krwi i okazało się, że w moim organizmie jest więcej tej bakterii po leczeniu niż przed leczeniem. Co znaczy, że w moim przypadku całe to leczenie była jedna wielka lipa, strata pieniędzy i czasu.
    Z obserwacji innych osób - mając na co dzień kontakt z pacjentami w sanatorium zadaję każdemu standardowe pytanie, co mu dolega, na co jest chory, jakie jest rozpoznanie lekarskie i jaki był dotychczasowy proces leczenia. Większość pacjentów to pacjenci z chorobą zwyrodnieniową stawów, RZS, Stwardnienie rozsiane, różne odmiany chorób kręgosłupa itp. Wszystkie te choroby leczą lekarze za pomocą najprzeróżniejszych tabletek, maści, ziół, sterydów itp. itd. Efekt zdrowotny jest taki, że choroby te z roku na rok się pogłębiają. Więc gdyby leki działały, to lekarze dziś byliby bezrobotnymi. A ponieważ jest akurat odwrotnie, to na dziś nie mają mocy przerobowych, żeby obsłużyć wszystkich pacjentów i kolejki oczekiwania na chociażby diagnostykę u specjalisty ortopedy, neurologa, czy reumatologa, trwają standardowo 3-6 miesięcy, albo i dłużej.
    Jeśli chodzi o zioła, to za przykład służy moja żona, która przez 25 lat naszego małżeństwa uskarżała się na bóle głowy. Była też leczona ziołami. Efekt zdrowotny był taki, ze po 25 latach leczenia przez różnych specjalistów lekami, ziołami, homeopatykami i innymi wynalazkami medycyny żonę moją codziennie bolała głowa. Średnio co najmniej 3 razy w tygodniu musiała brać 4 tabletki przeciwbólowe typu Ibuprom, abym móc funkcjonować z bólem. W trakcie leczenia poddana była całkowitej detoksykacji ziołami sprowadzanymi specjalnie z Chin. Efekt finalny - żaden. W końcu mnie to wszystko lekko poirytowało. Sam zabrałem się za leczenie żony. W ciągu miesiąca za pomocą ćwiczeń zlikwidowałem bóle głowy żonie. Głowa ją przestała boleć. Gdyby żona miała serce do ćwiczeń, - dziś nie wiedziałaby co to znaczy ból głowy. Ale ponieważ nie ma serca do ćwiczeń i przestała ćwiczyć regularnie więc bóle głowy wróciły, ale z kilkakrotnie mniejszym nasileniem i występują dużo rzadziej. Teraz jak ją boli głowa, to zamiast brać tabletkę przeciwbólową - prosi mnie o masaż. Robię jej masaż kręgosłupa, szyi i karku. Ból głowy znika. Dlaczego mój masaż jest skuteczniejszy niż tabletki przeciwbólowe, tego nie wiem. Ale skoro pomaga mojej żonie, to dlaczego mam jej nie masować. Być może o tym napiszę kolejny artykuł.
    Nie mam nic przeciwko lekom, ziołom, homeopatykom. Jeśli one komuś pomagają, to niech je bierze, ale z pełną świadomością tego, że każdy lek na jedno pomaga na drugie szkodzi. A to, na co szkodzi nigdy nie jest do końca zbadane. Ja znam ludzi, którzy zażywali różne leki przez dziesiątki lat. W końcu w wieku 60-70 lat żołądek odmówił im posłuszeństwa. Nastąpił postęp choroby - cokolwiek to jest, a człowiek został pozostawiony sam sobie ze swoimi problemami zdrowotnymi, bo leków brać nie może.
    Ja leków żadnych nie biorę i w wieku 56 lat jestem szczęśliwy i zdrowy. Ustanawiam swoje nowe rekordy życiowe. Swoim życiem i osiągnięciami zdrowotnymi zaburzam statystyki medyczne, bo dziś większość 50-latków zażywa regularnie od 3-10 leków w zależności od potrzeb i rodzaju chorób na które chorują. Ja gdybym poddał się standardowemu leczeniu - dziś musiałbym sam zażywać co najmniej 5 różnych leków. A ponieważ nie biorę żadnych leków i jestem zdrowy, to nijak się to nie mieści ani w statystykach medycznych, ani w rozumieniu wielu innych osób, którzy są święcie przekonani, że 56-latek skazany jest na branie leków.
    Moim lekarstwem jest tylko odpowiednio dawkowany i dostosowany ruch. A efekty tego lekarstwa na moim organizmie każdy może poznać czytając moje inne artykuły.
    Pozdrawiam
    Janusz Danielczyk
    Pasjonat Ruchu.
  • o stwardnieniu rozsianym uwag kilka
    Na stwardnienie rozsiane w zależności od autorytetu można patrzeć na kilka sposobów. Nie będę się wdawał w rozważania naukowe, ale mechanizm patrzenia z naukowego punkt widzenia jest mniej więcej taki.
    Lekarze medycyny na studiach uczą się o stwardnieniu rozsianym jako o jednostce chorobowej, którą należy leczyć w odpowiedni sposób lekami. Źródłem informacji o lekach i dawkach leków są informacje ze studiów - z wykładów, informacje z konferencji naukowych, badania naukowe - o ile autor te badania opublikuje. Temu wszystkiemu przyświeca odwieczna idea biochemiczna, że człowiek składa się z kombinacji białek i innych związków chemicznych. Jeśli jakiegoś związku jest za dużo lub za mało - następuje zaburzenie organizmu. Ponieważ stwardnienie rozsiane to choroba układu nerwowego, więc nie ma możliwości bezpośredniej pełnego zbadania układu nerwowego na żywym człowieku. Bada się więc układ oddechowy trupa, albo zwierzęcia, którego system nerwowy, jest najbardziej zbliżony do systemu nerwowego człowieka i jednocześnie "produkcja" takiego zwierzęcia jest stosunkowo tania. Jakkolwiek badania takie sprawią, że medycyna się rozwija, to jak świat światem to układ nerwowy trupa nigdy nie będzie miał właściwości takich samych, jak układ nerwowy żywego człowieka. Tym bardziej układ nerwowy zwierzęcia nigdy nie będzie taki sam, jak układ nerwowy człowieka. Stąd te metody naukowe pozyskiwania informacji o układzie nerwowym mają duży margines błędu, którego na dodatek nikt chyba nie ustala.
    Zatem w ujęciu lekarza z naukowego punktu widzenia chory ze stwardnieniem rozsianym to osoba, która ma zaburzoną pracę układu nerwowego. Aby tę pracę zmienić stosuje się takie, czy inne leki mając nadzieję, że jeśli one zadziały na trupie czy zwierzęciu, to równie dobrze zadziałają na człowieku. To jest podejście naukowe, które ja nazywam biochemicznym. Jest to standardowe leczenie medyczne, uznane przez naukę, więc nie ma co tu dużo dyskutować. A to, że skuteczność tego działania jest niewielka, to już zmartwienie naukowców. Muszą dalej prowadzić badania na trupach i zwierzętach. Stawiać sobie nowe pytania i szukać nowych odpowiedzi.
    Jeśli chodzi o mnie, to ja na stwardnienie rozsiane patrzę inaczej. Dla mnie osoba, która jest chora na stwardnienie rozsiane, to osoba żywa, która ma problem z układem nerwowym. Układ nerwowy steruje pracą mięśni, więc mięśnie automatycznie stają się wiotkie, lub spastycznie napięte. Ja więc oddziałuję na mięśnie. Usuwam spastykę i pobudzam do pracy mięśnie wiotkie. Spastykę usuwam masażem i technikami uciskowymi oraz ćwiczeniami biernymi. Moje działanie usuwa przykurcze stwarzając szansę, dla pozostałych mięśni do normalnej pracy niezaburzonej dodatkowymi siłami wywołanymi przez skurcze. W przypadku pani z artykułu - usunąłem przykurcze stawu skokowego, staw stał się miękki i luźny, automatycznie siła, jaką dysponowała Pani była wystarczająca do tego, by tym stawem sprawnie poruszać. Jeśli chodzi o mięśnie wiotkie, to za pomocą ćwiczeń biernych pobudzam je do pracy. To pobudzanie pobudza również do pracy układ nerwowy. Jeśli jest on przecięty, to moje działania nic nie dadzą. Ale jeśli nie jest przecięty, to są duże szanse, ze chory nerw poprzez tę pracę zostanie ukrwiony i odżywiony. A skoro będzie odżywiony to są szanse, że zacznie się regenerować. Moje działanie bodźcuje mózg pacjenta poprzez świadome działanie na jego układ ruchu. Moje działanie jest proste i naturalne. Jeśli pacjent zobaczy, że coś dobrego się dzieje, powoli odzyskuje wiarę i zaczyna wierzyć, że będzie zdrowy. A jak wiadomo z literatury (i mego przykładu również) - wiara czyni cuda, więc i cuda się zdarzają. Znienacka noga pacjenta zaczyna go słuchać i się unosi. Pacjent, który przez lata jeździł na wózku inwalidzkim znienacka zaczyna chodzić bez wózka inwalidzkiego. Po prostu inaczej działam. Drugi temat to wiara w człowieka. Lekarz na starcie wie, że stwardnienie rozsiane to choroba nieuleczalna. Może być tylko gorzej. I on nawet jeśli się uśmiecha, to podświadomie wysyła sygnały pacjentowi, że jego sytuacja jest beznadziejna. Pacjent to wyczuwa podświadomie. I tego problemu lekarz nie przeskoczy. Jeśli chodzi o mnie, to nie kończyłem medycyny. Mam inne podejście do chorób. Dla mnie stwardnienie rozsiane, to choroba taka sama, jak każda inna. Atakuje żywy organizm. Żywy organizm ma nieprawdopodobne zdolności regeneracyjne, ciągle się zmienia się. Chore tkanki umierają i są usuwane, chore się regenerują i zdrowieją i niezależnie od tego tworzą się nowe zdrowe tkanki. A to wszystko jest sterowane przez mózg. Więc na samym starcie ja mam inne nastawienie psychiczne do pacjenta. Ja tego pacjenta widzę oczami wyobraźni zdrowego, szczęśliwego, biegającego. Nawet jeśli jego noga ani drgnie, to mnie to nie zraża. Widziałem różne rzeczy i na starcie wierzę, że tę nogę pacjent prędzej czy później uniesie własnymi siłami. Jest to tylko kwestia czasu. To moje nastawienie pacjent wyczuwa intuicyjnie, zaczyna wierzyć, zaczyna ćwiczyć, zaczyna wierzyć w to, że coś może dla swego zdrowia zrobić i on to zaczyna robić. W efekcie końcowym dzieją się takie rzeczy jak z tą babcią opisaną w artykule, czy też z wieloma innymi osobami, którym pomogłem, bo miałem bardzo pozytywne do nich nastawienie wierzyłem w nich i wierzyłem w to, w co już nikt nie wierzył, że będą oni zdrowsi, sprawniejsi, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Bo dopóki żyjemy dużo dobrych rzeczy jest jeszcze możliwych.

    Pozdrawiam
    Janusz Danielczyk
    Pasjonat Ruchu
  • @Pasjonat Ruchu 21:50:50
    Na stwardnienie rozsiane mozna patrzec na rozne sposoby.
    Ty chyba patrzysz jako na osobe majaca problemy glownie z konczynami w wyniku niewydolnego systemu nerwowego.
    Lekarze jako jednostka chorobowa w ktorej system imunologiczny zaburza dzialanie systemu nerwowego i powoduje stwardnienia(czyli zaleczenia) w mozgu i kregoslupie-stosuja oni leki oslabiajace system imunologiczny aby nie atakowal system nerwowy lub robil to mniej intensywnie.
    Ja natomiast widze ze istnieje czynnik zewnetrzny(niezdefinowany jeszcze) ktory powoduje super-aktywnosc systemu imunologicznego ktory atakuje system nerwowy a ten obniza aktywnosc ruchowa pacjentow.
    Podobna jest sprawa z wiekszoscia chorob "cywilizacyjnych" np. cukrzyca,nowotwory,ataki serca,wylewy itp.Chyba we wszystkich z nich istnieje czynnik zewnetrzy jak pozywienie,woda,powietrze ktory dla czesci ludzi jest nieszkodliwy lub malo szkodliwy a u innych moze wywolywac rozmaite schorzenia.
  • @mac 01:55:36
    Lekarze nie mogą wyraźnie zdefiniować czynnika zewnętrznego. Poprzez miesiąc przebywania w szpitalu przy osobie dotkniętej chorobą Stilla wiele przeczytałem w tej materii. Zadawałem im pytania. Moim pierwszym pytaniem było: skąd się to bierze? W odpowiedzi było: uwarunkowania genetyczne i niekorzystne warunki zewnętrzne. Tylko że lekarze najchętniej zwaliliby wszystko na geny. Bo jeśliby chcieli rzetelnie porozmawiać, co wyzwala chorobę organiźmie to musieliby zanegować szereg mniej i bardziej istotnych rzeczy w szpitalu ( nie mówiąc już o całej cywilizacji):
    posiłki pacjenta, stres, brak czasu na reakcję organizmu, leczenie objawowe, kompletne zanegowanie innych metod leczenia.
    Wiemy, że stres w życiu codziennym, pestycydy, uzależnienia, brak snu, wysoko przetworzona żywność (oksymoron), brak ruchu są tym co osłabia system odpornościowy.
    Z Pana wypowiedzi nie wygląda, aby ufałby Pan motodzie Pasjonata Ruchu. Lekarze obserwujący ćwiczenia mieliby wątpliwości czy nie mają do czynienia z syndromem Guillaume- Barry, gdzie dotknięty jest obwodowy układ nerwowy. Tylko dlaczego pomijają kompletnie psychikę leczonego?
    Dla osoby dotkniętej chorobą Stilla i powikłaniami: zespół aktywacji makrofagów podjąłem kontakt z lekarzem Skoczylasem ( http://www.immunoagresja.pl/ziola.html ). Sam nie najlepiej przeszdłem tą historię z zachorowaniem, stosuję zioła, zacząlem je zbierać. Poszukuję po swojemu bo nie wierzę ani cywilizacji ani lekarzom z tejże cywilizacji.
    Jeśliby Pan był łaskaw zobaczyć na stronę doktora Skoczylasa- może jest szansa na przełom w chorobie. Tak samo Janusz Danielczyk, on też życzy Panu wszystkiego dobrego- co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
    Pozdrawiam.
  • choroby idiopatyczne
    Mili Państwo. Bardzo dziękuję za komentarze i zachęcam do kolejnych. Doświadczenie, które Państwo przekazują jest bezcenne, a pytania, które Państwo zadają - nurtują dziś pewnie miliony Polaków - są praktycznie bez odpowiedzi. Publikując swoje doświadczenie w danych tematach przekazują Państwo bezcenną wiedzę, którą niektórzy wybrańcy chłoną dopiero na konferencjach naukowych, czy zjazdach, które przekazują te same lub podobne informacje, tylko, że ubrane w język naukowy, albo dla dodania powagi sytuacji zabarwiony nazwami łacińskimi lub anglojęzycznymi. W myśl zasady im przeciętny człowiek mniej rozumie - tym lepiej.
    Jeśli chodzi o stwardnienie rozsiane i większość chorób reumatycznych, czy cywilizacyjnych w medycynie nazywa się je chorobami o podłożu IDIOPATYCZNYM, czyli nieznanym. A skoro podłoże (przyczyny) są nieznane, to i leczenie jest z góry skazane na niepowodzenie, chyba, że coś komuś uda się przypadkiem zrobić.
    Zatem przeczucie Pana/Pani mac, że istnieje czynnik zewnętrzny, będący przyczyną tych chorób jest równie uzasadnione, jak każda inna teza naukowa, którą stosuje się w medycynie. Jednak by Pana teza zyskała uznanie - musi Pan zgodnie ze standardami naukowymi spełnić określone kryteria. Jeśli je Pan spełni, będzie Pan uznanym ekspertem w danej specjalności. Zachęcam więc Pana do dalszych spekulacji, realizacji własnych obserwacji i badań. Może akurat Pan będzie pierwszą osobą, która odkryje sensownie uzasadnione przyczyny jednej, czy kilku chorób.
    To samo dotyczy Pana, który pisał o leczniczym działaniu ziół. Na pewno takie działanie jest. Trzeba to działanie odkryć, skatalogować, zastosować i cieszyć się, że pomaga. Jak wspomniałem, ja fizycznie nie jestem w stanie być mistrzem w temacie ruchu, leków, ziół i innych tematach. Skupiam się na ruchu, w tym się doskonalę i opisuję to, co udaje mi się uzyskać za pomocą ruchu.
    Natomiast bardzo chętnie przeczytam artykuł kogoś, kto za pomocą ziół uzyskał poprawę zdrowia. Artykuł, na który podał Pan od ziół link - jest bardzo ciekawy i interesujący. Lecz pisał go lekarz. A co stoi na przeszkodzie, by Pan jako nie-lekarz napisał swoje doświadczenie w temacie ziół? Nic nie stoi na przeszkodzie. Więc zachęcam do publikacji własnych artykułów na ten temat i każdy inny temat.

    Jeśli chodzi o stwardnienie rozsiane, to wiadomo tyle, że atakuje ono układ nerwowy i swoją progresją przypomina stany zwyrodnieniowe stawów. Więc niewiele się pomylimy jeśli nazwiemy, że stwardnienie rozsiane, to choroba zwyrodnieniowa układu nerwowego w całości lub części. Najczęściej jest to choroba zwyrodnieniowa układu nerwowego w części. Układ nerwowy to nie nie tylko nerwy zasilające mięśnie. To również nerwy zasilające wszystkie narządy wewnętrzne, cokolwiek to jest. Zatem stwardnienie rozsiane równie dobrze może zaatakować oko, jak żołądek, serce, kręgosłup itp. Ja z takimi skrajnymi przypadkami nie mam do czynienia. Wiem od wykładowczyni, która zajmowała się leczeniem stwardnienia rozsianego, że są różne postaci tej choroby. Jedna postać pojawia się mniej więcej w wieku gdzieś 25-35 lat i ciągnie się przez kolejne 30-40 lat. Pacjent żyje, ale jego sprawność z roku na rok maleje. A są również takie postaci stwardnienia rozsianego, że w ciągu roku choroba bardzo szybko postępuje i pacjent w ciągu roku umiera.

    Ja pracuję w sanatorium, więc nie mam do czynienia ze skrajnymi postaciami stwardnienia rozsianego. A z tymi przypadkami, z którymi mam do czynienia radzę sobie bez problemu. Moja metodyka terapii ruchem doskonale się sprawdza. Tylko trzeba umiejętnie dobrać specjalistyczne ćwiczenia do każdego przypadku z osobna. Ja mam serce do ćwiczeń, widzę dużo rzeczy, których przeciętna osoba nie widzi. Więc swoją wiedzę i umiejętności wykorzystuję w praktyce. Potrafię z tymi chorobami niejako współpracować. Jak wspomniałem - nie mam tu żadnych barier. Pacjent to czuje podświadomie, zaczyna ćwiczyć. A kiedy zobaczy sukces, a u mnie sukces zachodzi niemal zawsze w czasie rzeczywistym, to pacjent automatycznie zaczyna wierzyć, że nie wszystko stracone i ćwiczy dalej. Dla mnie ćwiczenia sprawiają radość. Tę radość ćwiczeń przejmuje ode mnie pacjent i ćwiczenia jemu także sprawiają radość. I tak krok po kroku idziemy do przodu.

    A cóż piękniejszego może zobaczyć pacjent? Czy to, że przychodzi do mnie nieporadny, noga lub ręka odmawia mu posłuszeństwa i albo ani drgnie, albo ruch jest ledwo zauważalny, a po moich ćwiczeniach zakres ruchu w czasie rzeczywistym powiększa się o 200, 300, czy nawet i 500%. Noga (ręka), która przed ćwiczeniami ani drgnęła, po ćwiczeniach zaczyna się ruszać i słuchać pacjenta. Taki widok mnie samego wprowadza w wielkie zdumienie, nie mówiąc o pacjencie.

    Serdecznie pozdrawiam
    Janusz Danielczyk
    Pasjonat Ruchu.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031