Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
72 posty 59 komentarzy

Terapia Naturalna Ruchem

Pasjonat Ruchu - różnorodne ćwiczenia i formy ruchowe przywracające zdrowie i sprawność ruchową

Jak pokonałem chorobę niedokrwienną serca?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

W tym poście krok po kroku opiszę, jak pokonałem chorobę niedokrwienną serca

 

Kiedy na wykładach z fizjologii wysiłku fizycznego omawiane są zagadnienia związane z mięśniami, to za każdym razem nam się tłumaczy, że mięśnie poprzeczne-prążkowane podlegają naszej woli, natomiast mięśnie gładkie i serce nie podlegają naszej woli. Tak samo naszej woli nie podlega autonomiczny układ nerwowy.

 

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że widziałem filmy z joginami, którzy byli zamykani w skrzynkę szklaną wielkości sześcianu o wymiarach ok. 60x60x60 cm, gdzie jogin musiał siedzieć w niewygodnej pozycji lotosu i głową skuloną w kierunku brzucha, gdyż wymiary skrzynki były zbyt małe by siedział wyprostowany. Potem tę skrzynkę za pomocą dźwigu zanurzano całkowicie w wodzie i trzymano ją tam kilkadziesiąt minut. To wszystko robiono na oczach widowni na żywo.

Czytałem też opisy, gdzie innych joginów na żywca zakopywano w trumnie w ziemi na kilka/kilkanaście godzin. W obu przypadkach po upływie określonego czasu jogina wyjmowano żywego i uśmiechniętego.

Cokolwiek by nie myśleć, to jogin musiał za pomocą swojej woli spowolnić pracę serca i wielu mięśni gładkich, musiał też swoją wolą sterować pracą układu autonomicznego.

Na tych przykładach mamy więc dwie sprzeczne informacje. Jedne mówią, że serce, mięśnie gładkie i układ autonomiczny nie podlegają naszej woli, a doświadczenie z joginami przeczy tej teorii.

 

Pozostaje pytanie, kto ma rację?

Akurat tak się złożyło, że miałem okazję ten temat przećwiczyć na sobie. Otóż w 2009 roku (wiek 49 lat) po wielu miesiącach chorowania na grypę i jej powikłaniach poszedłem na wizytę kontrolną do młodej lekarki. Wszystko było w porządku – byłem zdrowy, choć jednocześnie czułem się dziwnie osłabiony. Wytłumaczenie było logiczne – byłem osłabiony po długim zażywaniu antybiotyku. To jest normalne. Chciałem już iść zadowolony i zdrowy do domu. Jednak na zakończenie wizyty zadałem ze zwykłej ciekawości pani doktor pytanie z prośbą o medyczne wyjaśnienie co takiego się ze mną dzieje, że mniej więcej po 50-100 metrach marszu zatyka mnie w górnej części mostka takie zamostkowe bóle. Te bóle miałem od kilku miesięcy i narastały one wraz z ilością postawionych kroków. Musiałem więc trochę odpocząć, abym mógł iść dalej. Pytanie zadałem ze zwykłej ciekawości, ale reakcja pani doktor była dla mnie zaskakująca. Mocno się wystraszyła, co widać było na jej twarzy. Od razu zrobiła mi EKG, potem coś mierzyła linijką i kątomierzem, coś jej nie pasowało i w trybie natychmiastowym kazała mi pojechać do szpitala na szczegółowe badania krwi. Podejrzewała stan przedzawałowy. Dla mnie to był szok, bo nigdy w życiu kłopotów z sercem nie miałem, a tu raptem taka niespodzianka. Pojechałem do szpitala, zrobiono mi badania krwi. Po wywiadzie, opisie z mojej strony dalszych szczegółów bólów zamostkowych oraz obejrzeniu wyników badania krwi lekarz dyżurujący podejrzewał u mnie stan przedzawałowy lub chorobę wieńcową (albo jedno i drugie na raz), gdyż moje dolegliwości były książkowe, jak w chorobie wieńcowej. Potrzebna była koronarografia w trybie natychmiastowym. To było moje kolejne zaskoczenie. Nie wiedziałem co się dzieje. Nie byłem przygotowany na pobyt w szpitalu. Więc lekarz dyżurujący na do widzenia mocno mnie przynaglał bym jak najszybciej zrobił przynajmniej próbę wysiłkową.

 

To wszystko działo się w poniedziałek. W czwartek udało mi się załatwić wizytę u pani kardiolog, która zbadała mi serce i wykonała próbę wysiłkową. Próba wysiłkowa polegała na tym, ze postawiono mnie na ruchomej bieżni, podłączono do wielu elektrod, z których sygnał zdalnie był przekazywany do komputera. Następnie pani kardiolog włączyła bieżnię i bacznie obserwowała na monitorze sygnały EKG oraz pomiar tętna i ciśnienia w czasie rzeczywistym. Był to pierwszy poziom trudności – tempo spacerowe. Nie przechodząc do drugiego poziomu trudności, po jakiejś minucie, może dwóch minutach wolnego marszu, ku memu zdziwieniu pani kardiolog przerwała próbę. Pani kardiolog spokojnie mi wyjaśniła, ze próba wysiłkowa została przerwana z powodu osiągnięcia granicznych dopuszczalnych wartości tętna i ciśnienia. To był kolejny szok. Okazało się, że byłem fizycznie bardzo słaby. Przy tak zachowanych standardach bezpieczeństwa nie byłem w stanie na próbie wysiłkowej nawet dojść do momentu, w którym zaczęły się pojawiać bóle dławicowe. Ten pomiar uświadomił mi, że każde 50-100 metrów, które przemierzałem codziennie było ogromnym przeciążeniem dla mego serca, układu krwionośnego i oddechowego, a nawet całego organizmu bo coś gdzieś było zapchane i nie mogłem normalnie funkcjonować.

 

W tym stanie rzeczy nie miałem innej możliwości – musiałem się udać do szpitala na koronarografię. W szpitalu była pełna profesja. Wykonano koronarografię. Okazało się, że tętnice miałem drożne, więc stan przedzawałowy raczej odpadał. Przypisano mi leki i odesłano z powrotem do pani kardiolog na dalsze leczenie. Leczenie było za pomocą leków. W miarę upływu czasu stan mego zdrowia się nie poprawiał. Doszło nadciśnienie, więc musiałem brać kolejne leki. Bóle kręgosłupa i karku dodatkowo utrudniały mi życie. Ogólnie byłem bardzo słaby. Bóle zamostkowe były przez cały czas. W końcu listopadzie 2010 roku zrobiłem sam sobie próbę wysiłkową wymyśloną przeze mnie. Próba polegała na tym, że tak jak stałem chciałem przebiec jak najdalej zwykłym truchtem. Okazało, że fizycznie byłem w stanie przebiec truchtem od latarni do latarni, czyli jakieś 20 metrów. Po tym dystansie miałem bardzo silne bóle zamostkowe, bóle w płucach, okolicach serca, nie mogłem złapać oddechu, a w głowie potworny strach. Mięśnie pewnie dałyby radę dalej biec, ale naukowo rzecz ujmując mięśnie gładkie i układ autonomiczny odmówiły mi posłuszeństwa.

 

Do tych bóli zamostkowych doszły kolejne dolegliwości. Nadciśnienie dawało mi się mocno we znaki. Do tego doszły dodatkowo bezsenność i brak odporności na stres i dziwne stany lękowe, które zdiagnozowano u mnie jako zespół lękowo-subdepresyjny. Więc musiałem łykać kolejne leki przeciwdepresyjne. Punkt krytyczny był na Sylwestra 2010 roku. Wtedy to czułem się paskudnie fizycznie i psychicznie. Kolejna wizyta u pani kardiolog, kolejna próba wysiłkowa, kolejna klapa z mojej strony i kolejne tabletki do zajadania. Pamiętam, że wtedy przez 2 tygodnie zajadając te leki grzecznie jak lekarz przykazał wcale nie poczułem się lepiej. Stan zdrowotny mój wtedy był taki, że leczyło mnie równolegle pięciu bardzo dobrych lekarzy różnych specjalności, ale poprawy zdrowia nie było.

W ciągu tych dwóch tygodni zrozumiałem, że to nie tędy droga. Przypomniało mi się, że znam wiele osób, które za pomocą ćwiczeń wróciły do zdrowia, ale nie znałem, żadnej która tylko dzięki lekom wróciła do zdrowia.

 

Po dwóch tygodniach braku poprawy zdrowia postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. W tym beznadziejnym dla mnie stanie zdrowotnym jakim byłem powiedziałem żonie, że dziękuję leczącym mnie pieciu lekarzom za leczenie i dalej będę się leczył sam. Żona przeżyła szok i rozmowa zakończyła się awanturą, gdyż to co chciałem zrobić było wbrew zaleceniom leczących mnie lekarzy. Miałem zamiar odstawić leki, których z natury rzeczy odstawić nie mogłem bez uszczerbku dla swego zdrowia, tym bardziej że wtedy na temat medycyny wiedziałem tylko tyle, że istnieje. Do lekarzy nie miałem pretensji, gdyż ich opiekę medyczną uważam, za bardzo dobrą. Uważam ich nadal za świetnych fachowców w swojej specjalności. Natomiast ich koncepcja leczenia nie zgadzała się z moją koncepcją leczenia, więc postanowiłem, że będę leczył siebie sam tak, jak podpowiada mi moja intuicja i moje ciało.

 

W tym momencie warto rozważyć moje szanse powodzenia samoleczenia. Nie miałem pojęcia o medycynie, nie znałem żadnych mechanizmów leczenia. Miałem poddać swojej woli pracę serca, mięśni gładkich i pracę układu autonomicznego. Raz już przegrałem. Ale tym razem było inaczej. Za pierwszym razem – kiedy przegrałem byłem wszystkim zaskoczony, wszystko działo się znienacka. Tym razem postanowiłem nad tym wszystkim zapanować. Zrobiłem więc sobie eksperyment naukowy nie mając nic do stracenia – i tak czułem się paskudnie. Hipotezą badawczą tego eksperymentu było „twierdzenie, że serce, mięśnie gładkie oraz układ autonomiczny podlegają mojej (naszej) woli” i miałem wyjątkową determinację, aby to udowodnić. To, że dziś ktoś nie potrafi sterować pracą swego serca, mięśni gładkich, czy pracą układu nerwowego autonomicznego nie jest równoznaczne z tym, że jest to niemożliwe.

 

Miałem więc niepowtarzalną okazję sprawdzić, czy to co czytałem o joginach i co widziałem na filmach to prawda, czy fikcja. Z wielkim zapałem przystąpiłem do tego eksperymentu naukowego.

 

Moją metodą badawczą był eksperyment i samoobserwacja. Moje techniki badawcze to:

1. kinezyterapia – ćwiczenia, które sobie sam wymyśliłem posługując się intuicją i słuchaniem głosu swego ciała

2. Intuicja – słuchanie głosu swojego ciała

3. Wizualizacja.

4. Ogromna wiara to, że mi się uda.

5. Modlitwa

 

Omówię każdą z tych technik badawczych osobno.

 

Kinezyterapia

1. Od pierwszego dnia eksperymentu naukowego odstawiłem swój samochód na kołki, więc do pracy i z pracy chodziłem pieszo – odcinek ok. 2,2 km w jedną stronę. W ten sposób średnio 2-3 razy dziennie tę trasę przemierzałem pieszo tam i z powrotem. Tempo marszu dobierałem zgodnie z prawem Arndta-Schulza w taki sposób, aby dojść do progu bólów zamostkowych i potem schodziłem jakieś 10-20% poniżej tego progu, czyli praktycznie chodziłem bez bólów zamostkowych.

2. Codziennie wykonywałem swoją próbę wysiłkową w formie biegu truchtem. Metoda była znowu zgodnie z prawem Arndta-Schulza. Biegłem tak długo, jak długo nie miałem bólów zamostkowych. Jak się pojawiały przerywałem bieg i dalej szedłem. W ten sposób na początku dystans biegu był od latarni do latarni, potem organizm się przyzwyczajał do wysiłku i mogłem zwiększyć dystans o kilka metrów. Następnym razem zaczynałem od nowo ustanowionego dystansu i tak dalej. Nie zrażałem się tym, że dystans był tak krótki, ponieważ wiedziałem intuicyjnie, że dystans ten będzie się powolutku zwiększał. Nikt mnie nie gonił. Leczyłem siebie sam z nastawieniem takim, że siebie wyleczę.

3. Zauważyłem, że przy dłuższych wolnych marszach, które nazywałem „spacerem dziadka” o czasie trwania ok. 1,5 godz. spadało mi ciśnienie. Do pomiaru ciśnienia wykorzystałem narzędzie badawcze ciśnieniomierz. W tym celu w sklepie medycznym zakupiłem ciśnieniomierz cyfrowy taki sam, jaki używa się standardowo w szpitalach. Więc miałem bardzo dobry ciśnieniomierz cyfrowy, za pomocą którego mierzyłem sobie tętno oraz ciśnienie przed i po spacerze. Jeśli prawidłowo wykonałem spacer, to ciśnienie po spacerze spadało mi o ok. 5 jednostek ciśnienia skurczowego i ok. 2-3 jednostki ciśnienia rozkurczowego. Zaczynałem z poziomu 160/100, więc miałem przed sobą dużo pracy i dużo spacerów do tego by to ciśnienie zmniejszyć do poziomu 120/80.

4. Nauczony doświadczeniem z pierwszej próby wysiłkowej tym, że moje tętno i ciśnienie przekracza wartości dopuszczalne, a ja tego nawet nie czułem, więc zadziałałem w tym kierunku. Zakupiłem sobie pulsometr za pomocą którego mierzyłem tętno w czasie rzeczywistym. Dodatkowo mierzyłem codziennie tętno i ciśnienie dwa razy dziennie – rano tuż po przebudzeniu się i wieczorem tuż przed pójściem spać. Czasami kontrolnie mierzyłem nawet ciśnienie w ciągu dnia. W ten sposób kontrolowałem pracę swego serca praktycznie przez cały dzień oraz wiedziałem w którym dniu ciśnienie rosło – więc od razu miałem przyczyny wzrostu tego ciśnienia, oraz wiedziałem w którym dniu ciśnienie się zmniejszyło, co było wskazówką, ze tego dnia zrobiłem coś, co zmniejszyło ciśnienie. Wystarczyło tylko prześledzić swoje czynności i myśli, które miałem tego dnia i od razu wiedziałem co pozytywnie wpływa na zmniejszenie ciśnienia.

5. Ponieważ znałem mechanizm wyciszającego działania biegu na dystansie 5-10 km, to z wielką determinacją dążyłem do tego, aby ten dystans osiągnąć i za pomocą tego biegu dalej się wyciszać. Problem polegał na tym, że moja wytrzymałość mięśni poprzecznie prążkowanych, gładkich, serca i układu autonomicznego była na poziomie dystansu 20 metrów na starcie. Ale tym się nie przejmowałem. Po prostu robiłem z wielką determinacją swoje, czyli punkt 1 - sukcesywnie zwiększając dystans zgodnie z prawem Arndta-Schulza.

6. Na dobry początek zamiast biegu na dystansie 5-10 km spróbowałem zrobić spacer na tym samym dystansie. Te spacery robiłem regularnie raz na tydzień. Na początku był to spacer 5 km. Z czasem doszedłem do spaceru na dystansie 10 km i ten dystans utrzymywałem dalej. Spacer był zawsze realizowany z pulsometrem mierząc tętno w czasie rzeczywistym. Tu znowu żelazna zasada – prawo Arndta-Schulza musiało być spełnione.

7. Kiedy organizm się wzmocnił na tyle, że spacer na dystansie 10 km sprawiał mi przyjemność rozpocząłem kombinację truchtu i spaceru. Na początku 100 metrów truchtu i 9900 metrów spaceru. Potem 200 metrów truchtu i 9800 metrów spacer. Potem naprzemiennie co pewien czas 100-200 metrów truchtu i kilkaset metrów spacer i tak aż do 10 km. Z czasem było 800 metrów truchtu i drugie tyle spacer. Aż w końcu osiągnąłem dystans 10 km truchtu przez cały czas. Wszystko zgodnie z zasadą Arndta-Szulza i z pulsometrem jako narzędziem badawczym i pomiarowym. Przed i po takim biegu za każdym razem był pomiar tętna i ciśnienia.

8. Równolegle z ruchem na świeżym powietrzu dodałem własną gimnastykę leczniczą u siebie na sali. Różne ćwiczenia wzmacniające wg metody Sandowa oraz ćwiczenia gimnastyczne własne. Prawo Arnta-Schulza miało również zastosowanie.

9. Kolejny etap to było zrzucenie wagi. Wtedy ważyłem ok. 83-85 kg. Przy tej wadze i brzuszku nie byłem w stanie wykonać nakrywki. Ćwiczenie to polega na tym, że leżąc w pozycji wprostowanej na plecach nogi staramy się przenieść przodem do góry za głowę. Brak możliwości wykonania nakrywki denerwował mnie tak bardzo, że postanowiłem zrzucić wagę. Dodatkowo test wieku metabolicznego wykazał, że mój wiek metaboliczny wynosi 66 lat, a ja miałem 53 lata. Czyli byłem metabolicznie o 13 lat starszy niż biologicznie. Był to już rok 2013. W związku z powyższym przy tak wielkiej motywacji zrzuciłem wagę o 13 kg w ciągu 41 dni i potem ten poziom wagi utrzymywałem przez kolejne miesiące.

10. Następny etap kinezyterapii to wprowadzenie porannych ćwiczeń jogi zgodnie z prawem Arndta-Schulza.

 

Punktem kulminacyjnym mojej autoterapii było

a) odstawienie wszystkich leków, gdyż były mi niepotrzebne

b) wyregulowanie ciśnienia do poziomu 120/80

c) całkowite pozbycie się bólów zamostkowych przy każdym wysiłku.

Natomiast uwieńczeniem sukcesu zdrowotnego było wzięcie udziału w biegu na 10 km jako zawodnik. Tak długi dystans wykonałem jako zawodnik pierwszy raz w życiu udowadniając w ten sposób swoją hipotezę naukową, że mięsień sercowy, mięśnie gładkie oraz układ autonomiczny podlegają mojej woli. Moją wolą było tak wysterować pracą swego ciała, aby odstawić leki, osiągnąć normalne ciśnienie i wyleczyć siebie z choroby niedokrwiennej serca. To wszystko udało mi się zrobić.

 

Intuicja – słuchanie głosu swojego ciała

To moja kolejna technika badawcza. Z rozmów z wieloma osobami po zawałach dowiadywałem się, że był w ich życiu czas, kiedy czuli się oni paskudnie. Szli wtedy do lekarza, ten robił badania i ich uspokajał, że wszystko jest OK, po czym chory za jakiś czas dostawał zawał. Czasami zawał następował tego samego dnia, czasami po miesiącu, czy kilku miesiącach. Ja na takie coś nie mogłem sobie pozwolić. Nie miałem pojęcia jak dobrze zdiagnozować stan przedzawałowy, ani tym bardziej, jak i co zmierzyć, żeby mieć pewność, że jest dobrze, albo źle. Działałem przecież sam. Zatem byłem wyczulony na głos mego ciała i intuicję. Każdy intuicyjnie czuje tak samo, jak i ja, że jednego dnia czuje się gorzej, drugiego lepiej. Jednego dnia ustanawia swoje rekordy życiowe i góry przenosi, innego dnia nawet połowy tego nie jest w stanie zrobić. Więc kiedy czułem się ggorzej, to wykonywałem mniejszy wysiłek. Jeśli nadal czułem się źle to analizowałem dlaczego tak jest. Ponieważ miałem automonitoring przez 24 godz na dobę, więc łatwo było mi wykryć co mi pomaga, a co szkodzi w życiu codziennym. To co pomaga kontynuowałem, to co szkodziłem usuwałem. W ten sposób ta technika badawcza sprawiła, że zacząłem zmieniać swoje złe nawyki dnia codziennego.

 

Wizualizacja

Ta technika badawcza polega na tym, że się wizualizuje siebie w pełni zdrowego. Więc ja sobie wizualizowałem jak zdrowiutki biegnę ten dystans 10 km po to by się wyciszyć.

Drugą wizualizację miałem zupełnie inną. Chciałem z wielką determinacją pokazać swojej pani kardiolog, że ruch jest dużo lepszym lekarstwem niż jakikolwiek inny lek. Więc codziennie w swojej wyobraźni widziałem swój kolejny test wysiłkowy u Pani kardiolog, który wykonam na wszystkich poziomach trudności z uśmiechem na ustach. Natomiast zdziwiona i niedowierzająca mina pani kardiolog po ukończeniu tego testu miała być moją największą nagrodą.

Kolejna wizualizacja to taka, że jestem zdrowy i nie biorę żadnych leków.

W ten sposób codziennie bombardowałem swoją podświadomość tym, że jestem zdrowy i uruchamiałem procesu samouzdrawiania organizmu.

 

Ogromna wiara, że mi się uda

Ta technika badawcza była fundamentem mojego eksperymentu. Moja wiara w to, że wyleczę siebie z choroby niedokrwiennej serca była tak silna i pewna, jak to, że po nocy nastaje dzień, a po dniu noc. Tu nie miałem, żadnej wątpliwości, że odniosę zwycięstwo. Ta wiara tym bardziej zasługuje na uwagę, że w tamtym czasie nie miałem zielonego pojęcia o medycynie. A więc wiara czyni cuda i tak było w moim przypadku.

 

Modlitwa

Trudno mówić o modlitwie jako technice badawczej, gdyż mało kto modlitwę stosuje w leczeniu. Ja jednak zauważyłem, że jak się modlę to się wyciszam. Szczególnie takie wyciszenie było mi potrzebne w sytuacjach, kiedy czułem się danego dnia dużo gorzej niż normalnie. Wtedy modlitwa była spotęgowana ilościowo i czasowo, wyciszałem się i zaczynałem czuć się dużo lepiej w czasie rzeczywistym.

 

 

W ten sposób za pomocą tych pięciu technik badawczych po trzech latach samoleczenia wyleczyłem siebie z choroby niedokrwiennej serca. Jeśli ktoś chce sprawdzić naukowo z jakiego poziomu zaawansowania choroby zaczynałem, to proszę obejrzeć skalę CSS tutaj https://pl.wikipedia.org/wiki/Skala_CCS

Według tej skali mój stan zaawansowania choroby należy określić jako z pogranicza Klasa II – III. Już po 50-100 metrach miałem bóle dławicowe.

Efekt finalny jaki osiągnąłem to wg definicji WHO osiągnąłem w tym zakresie pełny stan zdrowia, co uwieczniłem w swoim biegu życia na dystansie 10 km.

 

 

 

Reasumując

W książkach medycznych autorzy twierdzą, że serce, mięśnie gładkie i układ nerwowy autonomiczny nie podlega naszej woli. Gdyby tak było rzeczywiście, to nigdy w życiu nie miałbym żadnych szans na to, by nie mając pojęcia o medycynie wyleczyć siebie z choroby niedokrwiennej serca.

Gdyby tak było, to mógłbym robić co tylko bym chciał, a i tak do końca życia musiałbym łykać tabletki na nadciśnienie, przeciwdepresyjne i wiele innych tabletek, gdyż taka jest kolej rzeczy w tego typu chorobach.

Mój eksperyment naukowy wykazał niepodważalnie, że swoją wolą można bez problemu zarządzać pracą serca, mięśniami gładkimi oraz autonomicznym układem nerwowym tylko po prostu trzeba nauczyć się to robić.

 

Zwolennicy medycznych teorii podręcznikowych uzasadniają, że naszej woli podlegają tylko mięśnie poprzeczne prążkowane. Prosta sprawa – na poczekaniu zginają i prostują np. przedramię, robią przysiad. Wszystko w tym doświadczeniu jest OK z jednym drobnym szczegółem. Oni uruchamiają określoną grupę mięśni, a nie pojedynczy mięsień. Proszę spróbować za pomocą swojej woli napiąć tylko jedną „kuleczkę” z sześciopaku mięśni brzucha. Raczej mało prawdopodobne by komuś się to udało. Ale był taki Max Sick, który to robił bez problemu. Może ktoś spróbować uruchomić mięsień wielodzielny ma poziomie L2-L4 nie angażując przy tym innych mięśni. Jest mało prawdopodobne, aby to ktoś wykonał. A może prostsze zadanie – napiąć i rozluźnić tylko mięsień gruszkowaty w taki sposób, aby mięśnie obręczy biodrowej i nóg były rozluźnione. Też mało prawdopodobne, aby to ktoś wykonał. A przecież niby te mięśnie podlegają naszej woli. Jak się okazuje to określenie, że coś podlega naszej woli jest mało precyzyjne i dotyczy grupy mięśni, a nie pojedynczego mięśnia. Grupę mięśni potrafimy napiąć bez problemu. Jednak napięcie pojedynczego mięśnia przy rozluźnionych mięśniach pozostałych rzadko kiedy udaje. A mięśni jak podaje atlas anatomiczny jest ok. 500. Więc w praktyce prawie 500 razy nasza wola przegrywa z uruchomieniem pojedynczego mięśnia.

 

Na zakończenie dam pod rozwagę.

Dziś każdy z przyjemnością ogląda pokazy kulturystów. Oni fajnie napinają swoje mięśnie tzn. w sposób świadomy sterują pracą mięśni poprzecznie prążkowanych. Proszę jednak spróbować poprosić noworodka by choć jedną taką pozę wykonał, a może nawet i przedszkolaka, czy ucznia szkoły podstawowej. Nie da rady. Te dzieci muszą najpierw dorosnąć do tego by się nauczyć takie rzeczy robić.

Więc moim zdaniem równie dobrze można się nauczyć zarządzać pracą mięśniem sercowym, mięśniami gładkimi i układem nerwowym autonomicznym, co pokazałem w swoim eksperymencie naukowym.
 

 

Janusz Danielczyk

Szkoła Zdrowego Kręgosłupa
Pasjonat Ruchu

www.pasjonatruchu.pl

KOMENTARZE

  • chmmmmm
    wszystkie pana choroby były tak poważne,
    a równocześnie tak łatwe do wyleczenia !

    co było przyczyną bólów zamostkowych ?

    nie napisał Pan.

    przyczyną moich bólów wysiłkowych był częstoskurcz komorowy !

    nie biegałem, spacerowałem, ale z doczepionym 3 elektrodowym EKG.

    no ale się nie wyleczyłem. Trochę pomógł mi po prostu czas.

    Acha, naczynia wieńcowe mam pozatykane. I to się podobno nie odwróci.
  • @interesariusz z PL 23:27:52
    To jesteś zdrowy ziomek .Pozdrawiam . :) Ja niestety takich zajawek mieć nie mogę :))))) Ave.
  • @Repsol 23:52:37
    Niestety, jestem psychol, wpadam w gniew i rozdrażnienie, jak tylko otworzę oczy i zobaczę, co moi bliźni w okół wyrabiają,

    a jak otworzę TV, lub zajrzę do sieci, to nadaję się tylko na pogotowie.

    a w raju podobno było tak fajnie, złośliwi twierdzą, że nawet w piekle jest lepiej.

    :-)))((
  • przyczyny choroby
    Dziękuję za komentarze, Kluczem do skutecznego leczenia choroby niedokrwiennej serca wraz z zawałami serca są dwa tematy. Pierwszy to szybkie wykrycie przyczyn choroby, drugi to czas leczenia.
    Jeśli chodzi o przyczyny choroby, to większość przyczyn upatruje w zwężonych tętnicach. Tu myślenie jest takie. Tętnica jest zwęzona np. do 15% to jest źle, tętnica jest drożna - to jest dobrze. Wg mnie zwężenie tętnic nie jest przyczyną choroby, tylko reakcją organizmu i skutkiem wizualnym przyczyn pierwotnych. Przyczyny pierwotne to m.in. palenie papierosów, nadmierne spożywanie alkoholu, chroniczny stres, ciągłe narzekalstwo, brak sensu życia, zajadanie sie fastfodami i ignorancja pierwszy objawów choroby. Tętnice nie zapychają się z dnia na dzień. Jest to proces, który trwa w zależności od osoby kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat. Przy tak długim procesie chorobowym cudów nie ma. W ciągu krótkiego czasu nie da się tego wyleczyć. Nawet jeśli w jednym miejscu jest zapchana tętnica, to jest to zapchanie największe. Chory jest cały układ krwionośny, więc jest on w wielu miejscach przewęzony. Jedno zwężenie się zlikwiduje. Powiększają się zwężenia w innych miejscach. Żadne leki nie są silniejsze od złych nawyków żywieniowych, chronicznego stresu i przeciążeń naszego codziennego życia. Usuńmy więc przyczyny pierwotne i organizm zacznie reagować w drugą stronę, tylko znowu z dnia na dzień efektów nie będzie. Mi wyleczenie choroby wieńcowej zajęło ok. 3 lata. Na wyleczenie stanów depresyjno-lękowych potrzebowałem 5 lat codziennego monitoringu tego, co robię przez 24 godz. na dobę.
    Pozdrawiam
    Janusz Danielczyk
  • @Pasjonat Ruchu 10:33:56
    aby w naczyniach wieńcowych odkładały się złogi, organizm musi być chory (nieodpowiednia homeostaza), oraz muszą wystąpić uszkodzenia, np. w wyniku miejscowego zapalenia.

    Tętnice wieńcowe mają zapas "mocy". Przytkanie w 50 -70 % nie ma znaczenia hemodynamicznego.

    Problemem jest nie tylko przytkanie, ale i utrata elastyczności w miejcu zwapniałej blaszki.

    Właśnie ten brak elastyczności powoduje, że przepływ jest wystarczający w stanie spoczynku, a nie wystarczający w wysiłku.

    Ból wieńcowy powstaje w wyniku niedotlenia w wysiłku.

    Jeśli Pan w koronarografii nie miał zwężeń, to nie powinien mieć Pan bólów wysiłkowych, a my, czytelnicy, w rezultacie nie wiemy, z jakiej choroby się Pan wyleczył.
  • @interesariusz z PL 11:08:31
    Panie Interesariuszu
    Bardzo dziękuję za wnikliwe, cenne i trafne uwagi.
    Gdyby każdy lekarz przykładał się do leczenia w taki dociekliwy sposób jak Pan to czyni, to cały proces leczenia wyglądałby inaczej. Na razie jest tak, jak jest.
    Poszedłem do Pani kardiolog z bólami dławicowymi. Kiedy pani kardiolog wykonywała mi próbę wysiłkową, to przy tempie spacerowym osiągnąłem graniczne wartości tętna i ciśnienia, co znaczy, że układ krwionośny nie pracował w sposób właściwy. Pani kardiolog nie pozwoliła kontynuować próby wysiłkowej do momentu pojawienia się bólów dławicowych, gdyż pewnie wg jej wiedzy dalsza kontynuacja próby wysiłkowej po przekroczeniu granicznych dopuszczalnych wartości tętna i ciśnienia groziła mi jakimiś ciężkimi powikłaniami ze śmiercią włącznie. Więc ona dbała o moje bezpieczeństwo. Być może dzięki niej teraz żyję.
    Oczywiście jest niedosyt tego, od czego pojawiały się u mnie bóle dławicowe? Bo gdy wyszedłem od pani kardiolog i zrobiłem swoje 50-100 metrów marszu po równym terenie to te bóle za każdym razem mi się pojawiały. Więc było to mierzalne i powtarzalne, ale nikomu wtedy nie chciało się drążyć tematu, co jak i dlaczego mnie boli. W praktyce oznacza to tyle, że moje codzienne życie na śmiesznie małym poziomie wysiłku tempa spacerowego były codziennym wielokrotnym przeciążaniem mego organizmu i przeciążaniem pracy serca. Organizm informował mnie o tym bólami dławicowymi.
    Pozdrawiam
    Janusz Danielczyk
  • bóle zamostkowe
    Dziś większość z nas oczekuje od lekarzy tego, że będą oni naukowcami z wielkim zacięciem poznawczym, mającymi dostęp do nieograniczonych zasobów finansowych i wyposażonych w najnowocześniejszą klinikę z super nowoczesnymi maszynami diagnostycznymi.
    Realia są zupełnie inne. Niezależnie od tego, jak bardzo lekarz pragnie pacjentowi pomóc, to natrafia na ograniczenia sprzętowe. Każdy pomiar jest obarczony błędem pomiarowym. Nie zawsze wszystko w danym organizmie zachodzi tak, jak to ktoś opisał w książce. Czasami objawy są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i z tym co wykazują pomiary. Tak to było w moim przypadku. Z jednej strony miałem drożne tętnice, z drugiej bóle dławicowe. Jedno wyklucza drugie. Powstaje pytanie co z tym fantem zrobić. Każdy lekarz ma swoje pomysły na tego typu sytuacje. Ja wymyśliłem pomysł własny - wyleczyłem siebie sam.
    Wykorzystałem tu moje zacięcie naukowe i wiedzę w zakresie samoświadomości swego ciała oraz intuicyjnej interpretacji jego zachowań. Dzięki temu wykształciłem w sobie unikalne umiejętności sterowania pracą serca, mięśni gładkich oraz autonomicznego układu nerwowego. Czy pozjadałem wszystkie rozumy? Oczywiście że nie. Jest jeszcze dużo tajemnic przede mną. Wielu rzeczy nie potrafię zrobić. Ale pierwszy krok w kierunku opanowania swojego ciała i ducha już poczyniłem i odniosłem zwycięstwo.
    Czego życzę również wszystkim czytelnikom by także odnosili zwycięstwo w odniesieniu do ich zdrowia
    Życzę wszystkim dużo zdrowia i radości
    Pozdrawiam. Janusz Danielczyk
  • Regularny wysiłek, zdrowa dieta i dobre relacje
    Witam serdecznie,
    Dziękuję za Pańska notkę. Właśnie kilka dni temu wpadłem na pomysł aby opisać moje doświadczenia z zawałem, ale widzę że mnie Pan uprzedził.
    Zawał miałem 16 miesięcy temu, zakończony balonikowaniem i założeniem stenta. Pierwsze po zawale wchodzenie po schodach okazało się trudniejsze niż przypuszczałem, bo i zadyszka i bóle zamostkowe pojawiały się już na półpiętrze. Na szczęście przeczytałem wtedy wywiad z pewnym kardiologiem, który argumentował że sercowiec w ramach swojej rehabilitacji powinien się regularnie pocić i wziąłem sobie te jego rady do serca. Tak więc pierwszym zakupem po wyjściu ze szpitala był pulsometr. Na początku robiłem coraz dłuższe spacery, by po kilku tygodniach wsiąść na rower (mój ulubiony środek rekreacji). Trochę trudno mi było utrzymać się w ramach limitu pulsu określonego w szpitalu i w zasadzie notorycznie go przekraczałem. Kiedy mnie ponosiła radość z jazdy, a więc jechałem i szybko i daleko, zwykle kończyło się to dusznością przez kilka późniejszych dni. Jednak nie odpuszczałem, bo z dnia na dzień czułem się coraz silniejszy. Po miesiącu z okładem miałem rehabilitację w Reptach i tam poznałem Nordic Walking. Ze skruchą muszę się przyznać że dla NW zdradziłem nawet rower (na usprawiedliwienie powiem że nastała słotna jesień). Przy okazji udało mi się zmienić tabletki na nadciśnienie, bo te ze szpitala, wprowadzały spore u mnie zamieszanie (zaburzenia snu, pamięci, erekcji).
    W całym moim życiu w zasadzie nie biegałem. Nigdy nie miałem wystarczającej kondycji, aby przebiec więcej niż 200 m. Aż do teraz. Po roku chodzenia z kijkami, tętno wysiłkowe obniżyło się już tak bardzo, że nie wchodzę w II strefę tętna, a to jest sercowcom potrzebne, aby organizm otrzymywał bodźce do rozbudowy sieci naczyń krwionośnych. Tak więc nie pozostało nic innego, jak zacząć bieganie. Póki co robię to ostrożnie i na dystansie 7 km kijkowania, biegu mam nie więcej niż 1,5 km (w dwóch transzach), jednak cały czas zmieniam te proporcje na korzyść biegania. Całkiem niedawno wpadła mi w ręce ciekawa książka: „Jak być młodszym za rok”, a w niej potwierdzenie potrzeby regularnego wysiłku w wieku 50+ - gorąco polecam. To tam znalazłem wytłumaczenie co dzieje się z organizmem, kiedy serce przyspiesza i przechodzi kolejne strefy tętna, tak dobrze znane sportowcom.
    Generalnie widzę, że tabletki dla sercowców to jakaś gruba pomyłka. Owszem niewielkie ilości specyfiku na regularny rytm w moim przypadku się sprawdzają, ale reszta – zupełnie szkodliwe i niepotrzebne. Tylko wysiłek , zdrowa dieta i dobre relacje z najbliższymi są w stanie zachować zdrowie.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031